poniedziałek, 16 września 2013

Trochę o ciąży mojej 2 ciąży:)

Mamowy blog a że witam się znowu z tematem ciąży 
pora trochę o niej popisać.

Pierwsza ciąża nie umknęła mi nawet na chwilę, bo bardzo szybko się zorientowałam że coś tu się zmienia i trzeba potwierdzić to badaniami. 

A że testom nie ufam ani troszeczkę  szybko wybrałam się do laboratorium dać się pokuć i zrobić testy z krwi. pierwszy wyszedł nie jasny  więc po tygodniu go powtórzyłam 
wyszedł pozytywny.

Co ciekawe pierwsze wizyty u ginekologa były o kulach o była świeżo po artroskopii.

Ciąża nie była najłatwiejsza na początku biorąc pod uwagę  zrzucenie 6 kg w pierwszym trymestrze
 i do godzin południowych raczej nie oddalanie się od toalety ponieważ nudności nie dawały mi żyć.

brzuch pokuty bo po zabiegu musiałam dostawać a właściwie robić sobie zastrzyki przeciw zakrzepowe.

Druga natomiast ciąża  nie miała łatwego początku.
 Dlaczego??

Od czego zacząć...

Weekend majowy, bo  wtedy udało nam  się zajść w 2 ciąże nie był najłatwiejszy.

Piotrusiowi jakiś tydzień wcześniej rozstawiliśmy  trampolinę w majowy weekend piękna pogada,

trzeba zrobić grilla i mój mąż chciał pokazać synowi, że trampolina jest bezpieczna..

Skoczył tak niefortunnie z małym na rękach,  że skończyło się zwinięciem na trampolinie w kłębek,

parę godzin później odwiozłam go na pogotowie, gdzie spędziłam z nim jakiś czas...

 odwiozłam syna do domu położyłam spać..

Piotruś został pod opieka dziadka  na wypadek gdyby wstał a ja pędem do polikliniki gdzie mój mąż dalej czekał na przyjęcie.

Kiedy już udało się go przyjąć masę badań.....

 Po kosmicznej dawce leku i ból który nie ustał

został wypisany do domu

potem zaczęły się już wizyty prywatnie, bo kontrola po 24 a właściwie po 48 godz. wyglądała tak że  lekarz niby specjalista  owinął go bandażem i zapytał

"i co już nie boli??"

no dobrze że mnie tam nie było...

Umówiłam męża prywatnie bo się ruszyć nie mógł tak go bolały plecy.

Okazało się że ma  zerwany przyczep mięśniowy  przy kręgosłupie.

dostał kilka tygodni w domu najlepiej w łóżku, jak najmniej ruszania się

i dużo leków bardzo mocnych.

 Dla mnie oznaczało o tyle że musiałam i chciałam mu pomóc w pracy więc to uczelnia, po uczelni papiery i praca. było wesoło nawet bardzo.



Tylko mój mąż poczuł się lepiej kilka dni później

telefon z przedszkola,

Piotruś ma gorączkę ale ni wiadomo jak dużą bo termometr nie działa...

Pędem do domu, mąż mnie zabrał z miasta w torebkę syrop termometr i po młodego do przedszkola.

Mały ma prawie 39 gorączki, ale dopiero kiedy jego Pani wrócił do mnie zadzwoniła mimo ze dziecko zasnęło na rekach innej przedszkolance podczas karmienia co mojemu bardzo ruchliwemu dziecku się nie zdarza.

Pomijam że rano dziecko było bez gorączki, kataru i czuło się świetnie...

Szybka jazda do lekarza, zapalenie gardła ... bo płuca czyste.

następny tydzień to jedna wielka pomyłka,.....

6 dni 3 lekarzy i wszyscy twierdzą, że 39 i więcej temperatura u dziecka to norma, w tym Pani na pogotowiu bo kiedy dobił do prawie 40 zawieźliśmy go od razu.

Mało brakowało a nazwałby mnie panikującą wariatką...

W między czasie ja zaczynam pracę... otwieramy sklep wiec godziny pracy przeróżne.

W końcu Piotruś zostaje przyjęty do szpitala po tygodniu naszej walki z gorączkami nawracającymi jak bumerang....

i cały tydzień nawet nie kaszlnął.
temperatura przekroczyła 40 stopni więc ponownie jedziemy na pogotowie, najpierw ambulatorium
 potem lekarz a izbie przyjęć który jako pierwszy stwierdził że dziecko ma przecież zapalenie płuc i to już poważne.

Komentarz lekarza "dlaczego Państwo tak późno zgłosili się do szpitala"

Myślałam że mnie krew zaleje na zmianę z łzami.

Przyjęcie do szpitala było okropne....

koło 3 pokuli mi dziecko które było bardzo dzielne, o raz enty w tym tygodniu wywiad pomijam ze zrobiła go Pani w ambulatorium i Pan na izbie przyjęć.

Rentgen, jakieś łóżko i o 6 rano pobudka.

Ja w ciąży, nie wiedząc że jestem w ciąży czułam się jak wrak człowieka.
Mąż ledwo zaczął normalnie pracować i chodzić trzeba było kombinować ze szpitalem bo dziecka samego nie zostawimy.

Nasz dzień wyglądał tak
 6.00 pobudka,  temperatura leki kroplówki,
potem śniadanie, obchód,  chwila ciszy
na początku Piotruś dużo spał i dostała masę kroplówek

(zaliczyliśmy izolatkę, bo jego stan był poważny)

potem wpadał z pracy mój mąż ja do pracy na 8 godzin i prosto do szpitala,
było to koło 22-23 chwila rozmowy jak minął dzień, jak Piotruś.

On do domu, ja do sali, w nocy kroplówki mały się budzi....
 nei wiem czy spałam po 3 godziny....
i tak w koło przez ponad 3 tygodnie.

Udało nam się wyjść ze szpitala, ledwo się ogarnęłam w domu. Piotrusia lekko podkarmiłam bo na szpitalnym wikcie było jak było. Masę rzeczy trzeba było mu kupić bo część niestety nie dało się zjeść....

i cóż to był ciężki okres dla nas wszystkich...
 
teraz jestem w drugim Trymestrze.

Moja pierwsza ciąża się wtedy uspokajał ta dopiero daje daje o sobie znać....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz